Trudne sprawy

Wśród swoich znajomych mam pewnego kolegę, Maćka, który od wielu lat pracuje jako dyrektor oddziału Sosnowiec. Szczerze dziwię się jego żonie, że cały czas ze stoickim spokojem znosi nieobecność męża w domu i nie przejmuje się tym, że jej partner więcej czasu spędza w biurze niż w domu, z rodziną. Jola ma iście anielską cierpliwość na tego swojego mężą.

Maćka i Jolkę poznałam jeszcze na studiach, gdy wszyscy byliśmy młodzi, weseli i mieliśmy ogromne plany na przyszłość. Studiowaliśmy ekonomię i marzyliśmy o jakiejś zawrotnej karierze w finansach. Tylko Maćkowi udało się zrobić wielką karierę, jednak pod względem ogromu poświęcenia i pracy jakie musiał włożyć, aby otrzymać posadę dyrektora oddziału nazwałabym go raczej wielkim przegranym.

Od czasu do czasu otrzymuję smutny telefon od Jolki, która prosi o szybkie spotkanie, na którym mogłaby się dowoli wypłakać mi w rękaw. Szkoda mi Jolki i współczuję życia, jakie ma u boku swojego Maćka. Maciek, w trakcie kilkunastu lat pracy w banku bardzo się zmienił – z wesołego chłopaka o pogodnym usposobieniu stał się dyrektorem z krwi i kości – mrukiem, który uważa, że pozjadał wszystkie rozumy i każdy znajomy powinien kłaniać mu się w pas, z racji tego, na jak wysokim stanowisko siedzi. Już dawno przestałam lubić Maćka, jednak nie powiem tego otwarcie Joli, bo załamałaby się jeszcze bardziej. Staram się ją wspierać jak mogę, jednak nie jestem cudotwórcą i nie poradzę na każde smutki.


Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *